Turyn. „Kto widzi Turyn i nie widzi Venarii, widzi matkę, a nie córkę”.

Do Włoch na początku grudnia? Po co, pytali? Do Turynu? Przecież tam nic nie ma, mówili. Jeszcze lot z drugiego końca Polski🙈 Co to za pomysł!
Mam nadzieje, że uda mi się tym wpisem udowodnić, że nie ma co oglądać się na opinię innych, a Włochy są dobre na wszystko. Nasza podróż była prezentem mikołajkowym dla nas Wszystkich. Zdecydowanie podróże są dla mnie numerem jeden na liście podarków. Jeśli gubicie się przy wyszukiwaniu stosownego prezentu dla bliskich, nie macie pomysłu, wszystko już było, a osoba obdarowywana „wszystko już ma” to polecam spróbować tej opcji.

Słów kilka o co chodzi z tym Turynem? Turyn leży nad Padem, najważniejszą włoską rzeką, w dużej mierze na jego lewym brzegu. Prawy to dzielnice willowe i parkowe. Miasto, mało kto o tym pamięta, było pierwszą włoską stolicą. Obecnie jest stolicą prowincji Piemontu i czwartym co do liczby ludności miastem Włoch. To eleganckie, grzeczne i względnie czyste miasto (zadziwiające jak na Włochy) jest ojczyzną potęgi włoskiej kawy. Tu powstał koncern Lavazza i tu istnieje najwięcej kawiarni na metr kwadratowy. A w południowo-zachodnich przedmieściach swoją główną fabrykę i siedzibę ma słynny koncern FIATA. Nazwa miasta może pochodzić od słowa taur oznaczającego górę, najczęściej jednak łączona jest z legendą o byku (łac. taurus, wł. toro), który padł pokonawszy mitycznego smoka w pobliżu pewnej wioski. Dla jego upamiętnienia mieszkańcy postanowili nazwać się Taurini. Kiedy dołożymy do tego wszystkiego piękne usytuowanie w otoczeniu Alp to już chyba wiadomo, że warto tutaj przyjechać.

Lot na pokładzie linii Ryanair przebiegł bezproblemowo. Oczywiście każdy ma prawo do własnych opinii na temat tanich linii lotniczych, ale moim skromnym zdaniem ten przewoźnik nie robi dziwnych niespodzianek i zdecydowanie wole go od landrynki. Lot odbył się o czasie, a godziny lotu są idealne. Do Włoch lecimy z Krakowa bladym świtem, a wracamy po południu, wiec można maksymalnie wykorzystać czas. Lotnisko w Turynie jest zlokalizowane blisko miasta, a podróż do centrum, lokalna linią autobusową, zajmuje nam około 40 minut. Są również inne opcje (taxi, pociąg). Można więc śmiało stwierdzić, że jest dobrze skomunikowane. Jak na nasze pojęcie grudnia pogoda była przyzwoita, zdecydowanie cieplej niż w Polsce, chociaż góry otaczają miasto i mogłoby to sugerować, że pogoda będzie bardziej zbliżona do Zakopanego niż do centralnej Polski. Kurtka jesienna w zupełności wystarczy, a czasami, kiedy słonko pięknie świeci, nawet sama bluza. Jedyny minus tej pory roku, jaki znajduje, to krótki dzień. Trzeba się wiec uwijać jeśli boimy się chodzić w obcym mieście po zmroku. Prawda jest też tak, że ciemności raczej nie unikniemy, chyba że przejdziemy na ścisłą dietę. Lokale oferujące gorące dania „obiadowo-kolacyjne” są otwarte najwcześniej od 18.30. I nie ma zmiłuj się! Nic wcześniej.



Nasz pierwszy dzień upłynął na dotarciu do mieszkania i leniwym rekonesansie okolicy. Idealnie zlokalizowane lokum mieściło się tuż obok Museo Nazionale del Cinema - Narodowe Muzeum Kinematografii, które znajduje się chyba w najbardziej rozpoznawalnym budynku tego miasta. Znajdziemy go na każdej pocztówce i magnesie z Turynu. Miejscówkę zdecydowanie mogę polecić na wyjazd rodzinny lub koleżeński (https://www.booking.com/Share-AGHbQpl ). Mieszkanie jest w pełni wyposażone. Mamy do dyspozycji 2 osobne sypialnie i salon oraz kuchnię z wszelkimi bajerami (zmywarka też jest). Winda czasami nie działa, ale trochę ruchu nie zaszkodzi. Kontakt z właścicielem bardzo dobry, nawet jeśli słabo rozumie po angielsku ;) Koszt wynajęcia całego lokalu (w naszym przypadku dla 5 dorosłych i 2 dzieci) na 3 doby wyniósł nieco ponad 2 tyś. zł. Uważam, że to dobra cena patrząc po lokalizacji i jakości.



Kiedy już rozgościliśmy się w domu tymczasowym zlokalizowaliśmy sklepy w pobliżu i poczyniliśmy wstępne zakupy, można było wyruszyć w miasto. Zwiedzanie centrum Turynu na piechotę jest dość proste. Jak to bywa we Włoskich miastach można się kręcić i kręcić po jego uliczkach. Można też oczywiście skorzystać z komunikacji lokalnej i przejechać się np. tramwajem. My lubimy dreptać :) Nogi poniosły nas na lokalne targowisko, bo takich przyjemności nie umiemy sobie odmawiać. Mercato di Porta Palazzo, bo tak zwie się ten przybytek, to częściowo zadaszony ogromny płac z wieloma atrakcjami ;) Oczywiście nie dla każdego to atrakcja, ale świeże warzywa, owoce czy stragany z wielkimi pękami świeżych ziół chyba każde oko nacieszą. Takie targowiska wiele mówią o lokalnych produktach, specjałach a nawet tubylcach. Sprzedawcy zaczepiają i oferują najróżniejsze produkty, nie są w tym nachalni, ale bardzo włoscy. My przyglądamy się temu miejscu póżną jesienią, a i tak zioła wyglądają cudnie i zazdrość wkrada się w moje serce. Takich pęków świeżej pietruszki, koledzy, bazylii czy oregano to ja się w Polsce chyba nigdy nie doczekam. Widok owoców i warzyw przypomina mi o naszym emeryckim postanowieniu. Wrócimy tu, na dłuuuuuugo! Będziemy kupować na takich targach produkty i gotować proste jedzenie w naszym domu na kołach. Będziemy żyli zgodnie z zasadą „slow life” bo tak postanowiliśmy! Jeszcze tylko 14 lat 😊 Zagłębienie się w zadaszoną cześć targu jedynie umocniło mnie w tym przekonaniu. Sery jakie tylko by sobie nie wyśnić i stoiska ze świeżym mięsem, które już dawno zniknęły z naszych targowisk, zachwycają. I już się nie dziwimy, że nie ma tutaj na każdy rogu jakiegoś dyskontu spożywczego. Po co?? Włosi mają targowiska!!!! I ta konkluzja, nie pierwszy raz zresztą, nasuwa się sama i powoduje że za każdym razem zazdroszczę Włochom coraz bardziej.

Myśleliśmy, że to w sumie będzie główna atrakcja tego dnia, ale nie lubimy chodzić dwa razy tymi samymi ścieżkami i o ile na targ szliśmy najkrótszą wskazaną przez Google trasą o tyle w drogę powrotną wyruszyliśmy raczej idąc kierowani intuicją i wewnętrznym kompasem. Minęliśmy kilka przyjemnych budynków, które dopiero w kolejnych dniach udało nam się nazwać. Trafiliśmy na centralny płac - Piazza Castello. z Zamkiem Królewskim i Palazzo Madama oraz z niewielkimi grupkami turystów, którzy tak jak my, wybrali grudzień i dali mu włoską szansę. Niespiesznie wróciliśmy do mieszkania, bo zgodnie z planem tam czekało na nas, wcześniej przytargane, przyjątko. Uwielbiam pesto bazyliowego z parmezanem i świeża bagietką, albo bagietkę maczana w oliwie, a do tego sałatka ze świeżych, włoskich warzyw, serem też nie pogardzę, a lokalne wino dopełnia całość. Chwilo trwaj! I każdy może sobie zrobić taką ucztę, a w dodatku o dowolnej godzinie, niezależnej od otwarcia lokali.

Kolejny dzień postanowiliśmy poświecić na odwiedziny w Piemonckim Wersalu. Zanim to jednak nastąpiło znaleźliśmy się w samym centrum rowerowej parady Świętych Mikołajów. Dodatkowa, niespodziewana, acz bardzo przyjemna atrakcja Turynu.

La Reggia di Venaria Reale. Niegdyś letnia rezydencja rodziny Sabaudów, miejsce bali, polowań, barwnego życia dworskiego. Dziś olbrzymi kompleks składający się z odrestaurowanego pałacu, wypielęgnowanego ogrodu oraz liczącego sobie ponad 6 000 hektarów parku La Mandria. Można tu oglądać tematyczne wystawy, zajrzeć do królewskich komnat, zobaczyć kolekcję królewskich karet, majestatyczną łódź, przepiękną galerię – Galleria Grande lub po prostu miło spędzić dzień na świeżym powietrzu. Posiadłość leży zaledwie 16 km od centrum Turynu i można dotrzeć tutaj autobusem, który odjeżdża co dwie godziny z Piazza Castello. Podróż trwa niecałą godzinkę, a po drodze możemy rzucić okiem na tutejszy stadion Allianz Stadium (wcześniej znany jako Juventus Stadium). Jeśli uśmiechniemy się do kierowcy to jest szansa, że w drodze powrotnej wysadzi nas koło niego (opcja dla pasjonatów piłki nożnej i tego typu przybytków), nam wystarczył rzut oka , a nawet dwa, bo podziwialiśmy go z za szyby jadąc w obie strony. Ciekawostka, jadąc do Venaria Reale, kierowca nie chciał przyjąć od nas opłaty za bilety. Stwierdził, że zapłacimy wracając za podróż w obie strony. Tak też się stało, ale wprawił nas tym w lekką konsternację. A co jeśli postanowilibyśmy wrócić pieszo? Pewnie nie wchodzi w grę taka opcja 😝

Zwiedzanie pałacu tak bardzo nas wciągnęło, że do Turynu wracaliśmy kiedy robiło się ciemno. Powiem szczerze, mam niedosyt. Przy pięknej pogodzie w ogrodach tego pałacu można by się zapodziać na calutki dzień. Fajnie byłoby jeszcze mieć czas żeby zwiedzić miasteczko, które wygląda bardzo atrakcyjnie. Przycupnąć w tutejszym lokalu wypić niespiesznie kawę, etc. Tego zabrakło, ale też pora roku nie jest może najlepsza, bo nie ukazuje całego uroku tych ogrodów. Jak mówi włoskie przysłowie „kto widzi Turyn i nie widzi Venarii, widzi matkę, a nie córkę”, mieliśmy to szczęście i widzieliśmy obie!

Po powrocie do Turynu (chociaż nogi wchodziły nam do zadniej części ciała) mieliśmy jeszcze jeden punkt do zrealizowania i nie było zmiłuj. Ponadto nie było jeszcze 19.00, a w planach był posiłek w tutejszym przybytku gastronomicznym, wiec coś z tym czasem oczekiwania musieliśmy zrobić. Tutaj musze się przyznać do pewnej niewiedzy, ale wierzcie mi, wstyd mi o tym pisać. Do czasu kiedy w samolocie do rąk mych trafiły kartki z przygotowanymi przez moja mamę informacjami o tym co należy zwiedzić w Turynie, nie miałam bladego pojęcia, że to tutaj znajduje się jeden z największych reliktów wiary chrześcijańskiej. Całun Turyński, bo o nim mowa, znajduje się w Duomo, czyli Katedrze Turyńskiej. Jak to się stało, że nie skojarzyłam faktów - nie wiem🙈 Całun zamknięty w skrzyni, znajduje się przy głównym ołtarzu, gdzie można się pomodlić lub zwyczajnie posiedzieć. Wejście do katedry jest bezpłatne, ale dobrowolnie można wnieść opłatę na rzecz jego ochrony i konserwacji.

Kaplicy Świętego Całunu — La Cappella della Sacra Sindone w Katedrze Metropolitalnej św. Jana Chrzciciela w Turynie. Kaplica ta znajduje się w lewej bocznej nawie pod Królewską Trybuną. Jest przechowywany za kuloodporną szybą w zamkniętej, olbrzymiej skrzyni – od 2000 roku. Można go zobaczyć jedynie podczas tzw. ,,wystawienia’’. Ostatnie wystawienie Całunu Turyńskiego dla publiczności miało miejsce 3 kwietnia 2021 roku, w Wielką Sobotę. Wiec pooglądaliśmy sobie jedynie skrzynię przez szybę, ale i tak czuć było wzniosłość tego miejsca.. Nie bądźcie jak Ewelina, pamiętajcie, że Całun Turyński znajduje się w Turynie!
To teraz czas na jedzenie. Co ja mogę powiedzieć w tym temacie? Było smacznie, ale dość kłopotliwie i zdecydowanie ze wszystkich wyjazdów do Włoch, tutaj było najtrudniej. Proszę pamięta, że to co pisze to zawsze jest moje lub nasze subiektywne uczucie, ale często nawet kiedy jest nas więcej każdy ma własne zdanie w temacie. Zapewne znajdą się tacy, którzy w Turynie objedli się pysznościami i będą mnie mieli za heretyczka, ale ja nie wspominam tego miejsca smacznie. Po pierwsze, to co już pisałam na początku, ciężko tutaj o lokal otwarty w polskich porach obiadowych. Nie chodzi o to, że brak mi elastyczności w temacie jedzenia, ale jak człowiek biega cały dzień jedynie o kawie i Croissancie to czekanie do godziny 19.00 jest dość uciążliwe. Oczywiście pewnie łatwiej znieść to latem, kiedy na dworze skwar i człowiek potrzebuje wody a nie gorącej strawy, ale nam w udziale przypadł grudzień. Po drugie, podróż z dziećmi rządzi się jednak nieco innymi prawami i taki 3-latek, przyzwyczajony do pewnych pór posiłku nie od razu da się przekonać, żeby poczekał. Wiadomo przecież, że człowiek głodny to człowiek…., a mały człowiek to już szczególnie. Po trzecie, godzina 19.00 jest mocno naciągana, ponieważ wtedy otwierają się lokale, ale na kolacje trzeba swoje odczekać, a obsługa wchodzi równo z pierwszym klientem wiec jej gotowość do działania osiąga swoje maksimum kilkadziesiąt minut później. Na dzień dobry możemy dostać napoje… Nie trafiliśmy też na takie naprawdę wybitne jedzenie, co nie musi oznaczać, że w Turynie takiego nie ma. Makaron smaczny, ale taki bardziej średni i zupełnie nie przywodzi na myśl tego którym delektowaliśmy się na Sycylii, pizza dobra, ale nijak ma się do tej np. z Neapolu. Wino domu oki, ale nie oszołomiło naszych kubków smakowych jak to pite w Monopoli. Nasze domowe przyjątko było chyba lepszym rozwiązaniem. Zadziwia mnie niezmiennie ciągotka Włochów do słodkich produktów glutenowych. Zjedzą rano rogala popiją kawą, a w Turynie bicerinem (słów kilka o nim znajdziecie niżej) i funkcjonują tak do wieczora. Kiedyś poznam ten fenomen, ale jak kocham słodkie, tak trzeciego dnia potrzebuję wytrawnego śniadania. Będę próbować w każdy razie, bo co włoskie to najlepsze :) i ukochuję i być może jednym z powodów dla którego wrócimy do Turynu będzie właśnie niedosyt jedzenia.
P.s. Wilk również był w restauracji i zjadał brzegi pizzy!

Trzeciego dnia, korzystając z przygotowanych maminych notatek, metodą demokratyczną zadecydowaliśmy że jedziemy obejrzeć Alpy z bliska. Ruszyliśmy w podróż pociągiem w kierunki pięknie położonej górskiej miejscowości Susa. Nie mylić z portowym miastem w Tunezji, bo to włoskie dostępu do morza nie ma. Mocno polecam odwiedzić to niewielkie miasteczko Piemontu. Łatwo tam trafić, ponieważ pociągi z Turynu jeżdżą tam co godzinę. Jedynym wyzwaniem może okazać się zakup biletów, ale my lubimy wyzwania. Wsiadamy do pociągu na stacji Porta Nuova i wysiadamy w Susa, dalej i tak nie pojedziemy tą trasą, bo na tutejszej stacji kończą się tory. Susa spokojnie obeszliśmy na nogach, a zajęło nam to nawet mniej czasu niż zakładaliśmy. Pół dnia wystarczy w zupełności. Mała dygresja o ratujących życie maminych notatkach…Chyba pierwszy raz polecieliśmy bez przewodnika papierowego, a jedynie z wydrukowanymi przez rodzicielkę informacjami jakie udało jej się znaleźć w Google. Nie że sami nie czytaliśmy nic, ale notatki miała tylko mama. Czułam się z tym niekomfortowo, ale nie udało się kupić niczego o samym Turynie, a wzmianka o tym rejonie w opasłych tomiszczach o Włoszech nie mieściła się zwyczajnie w bagażu. Przeżyliśmy, ale wolę jednak mieć przy sobie analogowy przewodnik w języku polskim i mając to na uwadze proponuje skierować pierwsze kroki do punktu informacji turystycznej, który znajduje się tuż obok dworca. Zostaniemy tam zaopatrzeni w klasyczną, papierową mapkę z atrakcjami turystycznymi i życie stanie się prostsze. Piemont w dosłownym tłumaczeniu oznacza „kraina u podnóża gór”, co doskonale oddaje charakter regionu z trzech stron otoczonego przez góry Alpy. Z perspektywy centrum miasta w otoczeniu zabudowie miejskiej Turynu ciężko dostrzec góry, chociaż są miejsca gdzie można je wypatrzeć. W Susa magię gór widać jak okiem sięgnąć.

Dzieje miasteczka sięgają daleko w przeszłość. Swoją świetność Susa zyskała jednak dopiero podczas rządów Imperium Rzymskiego, które nadało temu miejscu strategiczną pozycję będącą „Bramą do Włoch” łączącą Północną Europę z Rzymem. Historia Susy jest dość bogata i widać to po starych budynkach, czy też licznych fortyfikacjach. Jeśli nie straszne nam spacery w górę i w dół, to nie będziemy się tutaj nudzić. Chociaż miasteczko znajduje się w dolinie, to trzeba jednak trochę się powspinać, aby się z nim zaprzyjaźnić, Bez większych problemów zlokalizujemy tutaj relikty przeszłości: Łuk Augusta, pozostałość rzymskiego akweduktu, bramę miejską (Porta Savoia) z III-IV wieku, gotycko-barokowa katedra Świętego Justusta, pomnik Juliusza Cezara, etc. Wspinając się wyżej i wyżej znajdziemy amfiteatr, niepozorny, ukryty, z daleka przypominający dość zaniedbane boisko szkolne, ale po dotarciu na miejsce można bez przeszkód sprawdzić akustykę tego miejsca dając pełny koncert. Błąkając się po Susa w ściśle określonym celu, ale bez napinki odnieśliśmy wrażenie, że w całym miasteczku jesteśmy tylko my. Nikt nie zakłócał nam naszego zwiedzania. Atrakcje turystyczne mieliśmy na wyłączność i tak sobie myślę, że to jest właśnie ogromny plus podróżowania w nietypowych terminach, poza sezonem. Jeśli moje słowa nie przekonały Was do odwiedzenia tego miasteczka usytuowanego pośród Alp, to być może przekonają Was zdjęcia. Nam pozostał niedosyt górski, brakowało nam jakiejś małej wyprawy tak, aby okolicę popodziwiać z wysokości, ale na to potrzeba nieco więcej czasu. Może dobrym pomysłem byłoby zadokowanie się na stałe w takim miejscu i uczynienie z trekkingu alpejskiego głównej atrakcji wyjazdu. No cóż, wszystko przed nami😊

Godzinka jazdy pociągiem i jesteśmy w Turynie. Po powrocie nie obeszło się bez kolejnego, szwendania się wieczorową porą. Do domu nie opłaca się wracać na godzinę czy dwie, a poza tym istnieje ryzyko, że jak już człowiek usiądzie… Do pory obiadowej mieliśmy jednak chwilkę i trzeba sobie było jakoś ten czas zagospodarować. No to co, spacer po Turynie nocą? A dlaczego nie. Za każdy razem kiedy zagłębialiśmy się w to miasto odkrywaliśmy coś nowego. Kolejne kościoły to chyba najczęściej, ale też kolejne place, fontanny czy parki. My akurat mieliśmy całkiem przyzwoitą pogodę, ale jeśli trafimy na porę deszczową to Turyn jest na nią gotowy, wzdłuż głównych ulic godzinami można wędrować pod osłoną arkad. To chyba zapamiętam jako charakterystyczne dla Turynu. Takiej ilości podcieni chyba nie widziałam w żadnym innym miejscu. Gdzieś mignęła mi informacja, że maja łączna długość 18 km, ale doświadczając spaceru pod nimi myślę sobie, że długość ta może być niedoszacowana :) Pisałam to z myślą o niepogodzie, ale w sumie schronienie przed letnim, palącym słońcem jeszcze bardziej do mnie przemówiło. Ciągną się i ciągną, a w ich wnętrzu ukryte są kawiarnie, restauracje, sklepy z pamiątkami, sklepy i sklepiki rożnej maści i tętni w nich życie 😜 Są też niebezpieczne, bo 12 z nich jest ze sobą połączonych i nim się spostrzeżemy możemy być już bardzo daleko od centrum. Czasami warto…

Wracając do mieszkania mieliśmy bardzo ułatwioną sytuację. Kierowaliśmy się w stronę najwyższego budynku w mieście, który jest widoczny niemal wszędzie. W nocy tym łatwiej go wypatrzyć ponieważ jest pięknie oświetlony. Mole Antonelliana, bo tak się nazywa, początkowo miał pełnić rolę synagogi, jednak koszty jego budowy znacznie przekroczyły fundusze starszyzny żydowskiej, która ją zapoczątkowała. Ostatecznie Mole Antonelliana, z pomocą finansową miasta ukończono pod koniec XIX wieku, a jego 167 metrowa, imponująca wieża sprawiła, że stał się on najwyższym budynkiem w Europie, powstałym z cegieł i żelaza. Muzeum, które znajduje się w jego wnętrzu autentycznie przyciąga tłumy. Ilekroć obok przechodziliśmy na zewnątrz stała kolejka chętnych do zwiedzania. Nie dołączyliśmy do nich bo stwierdziliśmy, że nie jesteśmy wielkimi znawcami kinematografii, ale nie jestem przekonana czy to aby nie był błąd. Jedno jest pewne jest to bardzo popularne miejsce, a dla nas drogowskaz wskazujący drogę do domu.
Czego nie zobaczyliśmy, a dlaczego musimy tutaj wrócić?
* Bazylika de Superga - Kościół usytuowany jest na wzgórzu Monte dei Cappuccini (660 m n. p. m.). Zupełnie nie potrafię powiedzieć jak udało nam się przeoczyć taką atrakcję. Pomimo, że większość miasta leży na płaskiej równinie, funkcjonują tutaj kolejki linowo-terenowe. Ta najdłuższa zawiezie nas ze stacji Piazza Modena aż na szczyt wzgórza, gdzie znajduje się wspomniana bazylika.
* Must see podczas pobytu w Turynie jest Muzeum Egipskie, o którym Jean-François Champollion, uznawany za twórcę nowoczesnej egiptologii mówił tak: „Droga do Memfis i Teb wiedzie przez Turyn”. Byliśmy pod tym budynkiem kilka razy dziennie i nie weszliśmy!
* Turyn, jak na miasto motoryzacji przystało posiada także Muzeum Automobilizmu, które stworzone zostało w 2011 roku. Turyn kojarzony jest w świecie jako ojczyzna włoskiej motoryzacji. Jeśli zostajemy tutaj na dłużej, to punktem obowiązkowym powinno być Muzeum Motoryzacji znajdujące się w nowoczesnym i pięknym gmachu przy Corso Unita de Italia 40. To wiedzieliśmy i świadomie zrezygnowaliśmy. Zwyczajnie trzeba było podzielić czas i uwagę na rzeczy ważne i ważniejsze.
* Caffe Al Bicerin Dal 1763 przy Piazza della Consolata w centrum Turynu, chociaż jednocześnie nieco na uboczu. W Turynie wymyślono Bicerin - najsłynniejszy czekoladowo-kawowy napój Świata. W oryginalnej, niezmienionej formie podaje się go właśnie w Caffe Al Bicerin Dal 1763. Według innych źródeł to w tej kawiarni słynny przysmak wymyślono. To nic innego jak gorący napój składający się z espresso, gęstej gorącej czekolady i śmietanki. Jak do tego doszło nie wiem, że nam umknęła taka atrakcja.
* Nie mieliśmy również czasu na zanurzenie się w miejski zgiełk, odwiedziny knajpek, wypicie niespieszne aperolu na jednym z licznych placy tego miasta (obecność dzieci nie sprzyja takim uciechom).
* Domyślam się, że jeszcze wiele innych atrakcji przeoczyliśmy. Podczas tej pierwszej wizyty. Ze względu na porę roku nie mieliśmy również okazji podziwiać zieleni miejskiej, parków, skwerów, a wiem, że są piękne.
* Nie przepadamy też za zwiedzaniem wnętrz zamków, pałaców, kościołów czy muzeów, ale szanujemy Tych, którym to sprawia radość i z cała pewnością nie nudziliby się w Turynie. Takich przybytków jest tu pod dostatkiem. Właściwie co krok. Mało jest o nich informacji w Internecie, ale na miejscu po prostu koniec języka za przewodnika i trzeba wchodzi gdzie się tylko da. Na samym Piazza Castello jest ich kilka, a na nim zaczynamy i kończymy niemalże każdą wycieczkę.

Reasumując, niczego nie żałujemy. Warto było odwiedzić Turyn wraz z Mikołajami. Nie ma złej pory roku na podróżowanie, a w każdej podróży warto sobie zostawić coś na „zaś” (nie tylko pieniążek w fontannie). Turyn polecamy waszej uwadze :-)


Komentarze
Prześlij komentarz